Tak się złożyło, że na spotkanie lokalnego klubu książki musiałem ponownie przeczytać “Bóg Zero Jeden” Michała Kłodawskiego. Poprzednim razem czytałem ją dziewięć miesięcy temu i z jednej strony mi się podobała, z drugiej strony miałem takie przeczucie, że nie wszystko się tu spina, że są tu jakieś dziury, które mogą nie wytrzymać dokładniejszego przyjrzenia się. Co mogę powiedzieć teraz, po dużo spokojniejszej lekturze? Bez dwóch zdań jest to książka, która, gdy czyta się ją szybko, wiele traci, a przy drugim czytaniu zyskuje.
Aby krótko zarysować fabułę tym, którzy nie czytali opisu z okładki: ludzkość dostaje enigmatyczną wiadomość o treści “JA JESTEM WASZYM BOGIEM”, z systemu, w którym nie ma prawa istnieć życie. Stulecia po tym wydarzeniu, do wspomnianego systemu gwiezdnego dociera ludzka ekspedycja, mająca odpowiedzieć na pytanie, kim jest nadawca wiadomości. I tak zaczyna się wspaniała opowieść odpowiadająca na pytanie: Jak zareagować na Boga w świecie, który ustalił już, że Boga nie ma?
Największą wartością książki, którą dopiero przy drugim czytaniu w pełni doceniłem, jest warstwa socjologiczna. Czytając “Boga Zero Jeden” po raz pierwszy na tyle skupiłem się na akcji i tajemnicy, czymże jest bóg, że umknęło mi jak wspaniale zarysowany jest świat przedstawiony i jego społeczność. Potrzebowałem spokojniejszego czytania, by docenić, że prawdziwa warstwa science-fiction to nie mądre nazwy teorii fizycznych stojących za hibernacją, podróżami gwiezdnymi itd., ale obraz społeczeństwa, które wysłało taką ekspedycję. To, co przy pierwszym czytaniu wziąłem za opis historycznych faktów, czyli opis trzech fal reakcji na komunikat “JA JESTEM WASZYM BOGIEM”, to fascynujący wypad w socjologię przyszłości. Przejście od twardych nauk ścisłych do językoznawstwa w czasie próby zrozumienia wiadomości, wydają się jednak podejrzanie znajome.
Zresztą fragmenty te, choć ciekawe, ale są dopiero wierzchnią warstwą. Pod spodem kryje się coś znacznie ciekawszego – sposób, w jaki autor pokazał załogę ekspedycji. Zamiast traktować to jako oczywisty element fabuły (‘Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę’), Kłodawski poświęca temu sporo uwagi. Załoga nie jest odwzorowaniem współczesności, postacie powieści są dziwne, a ich zachowania mogą się wydawać nie pasujące do ludzi. Wynika to z tego, że to nie są dzisiejsi ludzie, to nie sąsiad spod 4 ani nawet Sławosz Uznański. Autor skąpi nam szczegółów, co uważam za świetny zabieg, więc sami musimy zauważyć, że ludzkość musiała się zmienić, by przystosować się do podróży międzygwiezdnych. Że podbijając kosmos straciliśmy coś bardzo ludzkiego. Nie jest to całkowicie inny świat. Konflikt ateiści kontra wierzący, kluczowy dla fabuły, jest przecież znany nam w XXI wieku. Jak naukowiec może wierzyć? Jak można zawierzyć swoje życie komuś, kto wierzy w życie po śmierci?
Jest jeszcze jedna rzecz, która też przypadła mi do gustu, mrugnięcie okiem do czytelników, którą jednak nie wiem jak opisać tak, by uniknąć spoilerów, ale spróbuję. Mimo rozwoju technologii, mimo zwycięstwa rozumu, mimo przelecenia lat świetlnych, mimo starcia z bogiem, na koniec dnia po wyprawie pozostaje ta sama, stara tajemnica.
Podsumowując, naprawdę mogę polecić “Boga Zero Jeden”. Osobno chciałbym pochwalić tytuł, moim zdaniem jeden z najlepszych ostatnich lat. By nie było nieporozumień – w samym tytule nie ma nic szczególnie głębokiego. Jego siła polega na czymś innym: na pierwszy rzut oka jest niezrozumiały i abstrakcyjny, a po wyjaśnieniu zagadki staje się absurdalnie trywialny. I właśnie to mi się jakoś bardzo podoba, trafia do mnie.